Myśl na dziś
« styczeń 2010 »
MoTuWeThFrSaSu
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
26
27
31

Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić i wtedy przychodzi ten, który nie wie, że się nie da, i on to robi.

visit counter for blogspot

NaProTECHNOLOGY - nadzieja dla małżonków na poczęcie bez konfliktu sumienia.

W ostatnim roku w Polsce wiele się mówi o NaProTechnology. Jest ona obecna w świecie już blisko 30 lat, w Europie - od około 10 lat, a w Polsce dopiero zaczyna być dostępna. Cóż to takiego i czym różni się od metod tzw. wspomaganego rozrodu? Okazuje się, że jest to po prostu nowa dziedzina medycyny. Lekarz naprotechnolog kończy szkolenie oferowane przez Instytut Pawła VI  w Nebrasce (USA) prowadzony przez prof. Thomasa Hilgersa, a diagnozując i lecząc stosuje znane w dzisiejszej nowoczesnej ginekologii metody diagnostyczne i lecznicze, tak wobec kobiety jak i mężczyzny.

 

Czym zatem NaProTechnologia się wyróżnia, dlaczego legitymuje się wysoką skutecznością w leczeniu niepłodności i uzyskiwaniu poczęcia w naturalny sposób w akcie współżycia małżonków?

Przyjrzyjmy się tradycyjnemu postępowaniu ginekologicznemu w różnych problemach klinicznych. Lekarz zwykle uzyskuje informację o cyklach menstruacyjnych  pacjentki - a więc głównym przedmiocie swej diagnostyki i leczenia -  na podstawie wywiadu, retrospektywnie, odwołując się jedynie do pamięci pacjentki. Na podstawie takich danych ustala zarówno diagnostykę jak i leczenie pacjentki, standartowo i bez potwierdzenia zakładając, że w 14 dniu cyklu zachodzi u niej owulacja, a wszystkie pozostałe ważne zjawiska cyklu również zachodzą w standartowych, założonych a’priori dniach. Wychodząc z tego założenia lekarz zleca badania np. hormonalne - znów w standartowych dniach cyklu, takich samych dla wszystkich pacjentek.

Tymczasem - jak wynika z badań naprotechnologicznych - owulacja zachodzi 14 dnia cyklu  jedynie u 13,5% zdrowych kobiet! Fizjologicznie bowiem do owulacji dochodzi w bardzo różnym dniu cyklu u każdej kobiety i w każdym z jej cykli - niekoniecznie w 14 dniu, jak zwykliśmy powszechnie zakładać w trakcie zwykłej diagnostyki i terapii ginekologicznej. Dzień owulacji jest sprawą indywidualną nie tylko dla każdej kobiety, ale i każdego jej cyklu osobno, zależnie od różnych czynników. To samo obserwujemy w odniesieniu do długości trwania prawidłowego cyklu, dla którego przebiegu ogromną wagę mają m.in. szczególne cechy fazy poowulacyjnej. Taka zmienność jest normalną cechą fizjologii kobiecego cyklu, stąd wniosek, że nie można ustawiać leczenia i diagnostyki hormonalnej tak samo dla wszystkich pacjentek oraz wszystkich jej cykli.

Powyższe fakty oznaczają np., że u pacjentki, u której owulacja zaszła parę dni wcześniej niż w zakładanym 14 dniu cyklu - wykonanie badania np. progesteronu w standartowym 22 dniu cyklu przypada już na spadek krzywej stężenia tego hormonu - i przez to daje fałszywie zaniżony wynik, sugerujący niedobór progesteronu.

Ta sama sytuacja ma miejsce w przypadku leczenia: dla przykładu wdrożenie suplementacji progesteronu (w przypadku jego rzeczywistego niedoboru) w 2 fazie cyklu powinno mieć miejsce po owulacji. W tym celu zaleca się wszystkim pacjentkom jednakowo stosowanie tego leku od 16 dnia cyklu. Tymczasem dla adekwatnego postępowania należałoby najpierw każdorazowo potwierdzić przebytą owulację i wdrożyć leczenie po niej – w  przypadku bowiem, gdy owulacja zajdzie u tej pacjentki np. w 17 dniu cyklu – wdrożenie progesteronu w 16 dniu spowoduje zablokowanie owulacji.

Na powyższym przykładzie widać, że tradycyjna ginekologia porusza się w cyklu kobiecym jakby po omacku. W rzeczywistości nie możemy bowiem prawidłowo i adekwatnie ustawić leczenia hormonalnego pacjentki, lub nawet wykonać prawidłowo badań hormonalnych, nie znając szczegółowo przebiegu każdego cyklu estrogenowo – progesteronowego danej kobiety. Dla prawidłowej diagnostyki i leczenia należałoby bowiem w każdym cyklu u każdej pacjentki potwierdzić np. dzień owulacji (lub inne oceniane zjawisko), i dopiero na tej podstawie ustalić postępowanie. Sytuacja taka powinna powtórzyć się w każdym następnym cyklu - gdyż u każdej kobiety każdy jej kolejny fizjologiczny cykl ma prawo przebiegać inaczej. Niestety - uzyskanie takich danych jest w tradycyjnej ginekologii poprostu niemożliwe z powodów technicznych i ekonomicznych – wymagałoby częstych, nawet codziennych badań obrazowych i laboratoryjnych, których nie udźwignie żadna klinika.

Wyobraźmy więc sobie, jaką rewolucją byłoby wynalezienie niedrogiej metody obiektywnego stwierdzania zjawisk zachodzących w każdym z cykli pacjentki-  np. omawianej powyżej owulacji! Nareszcie pozwoliłoby to na prospektywne uzyskiwanie rzeczywistych danych. Znając bieżący przebieg aktualnych  zjawisk w cyklu kobiety moglibyśmy wpisać się z badaniami diagnostycznymi w konkretny cykl danej pacjentki i uzyskać adekwatne, rzeczywiste wyniki. Oczywiście potrzebny byłby także odpowiednio wyszkolony lekarz lub zespół lekarzy, który będzie potrafił prawidłowo wykorzystać informacje dostarczane przez taką metodę, i odpowiednio dostosować swoje postępowanie do uzyskanych wyników.

Otóż taka metoda diagnostyczna została opracowana. Tym właśnie m.in. wyróżnia się naprotechnologia - zastosowaniem takiej nowatorskiej metody obiektywnego monitorowania zjawisk zachodzących w cyklu pacjentki i dostosowaniem postępowania zarówno diagnostycznego, jak i leczniczego do każdego indywidualnego cyklu pacjentki. Powyższą metodę diagnostyczną nazwano Modelem Creightona, natomiast całość takiego postępowania medycznego nazwana została NaProTechnology - czyli Technologią Naturalnej Prokreacji. (NaPro, NPT).

Dzięki takiemu postępowaniu oczywiście nieporównywalnie wzrasta rzetelność i trafność diagnostyczna, a co za tym idzie - adekwatność i skuteczność leczenia. Dla przykładu - częstość tzw. „niepłodności idiopatycznej” (czyli niepłodności o nieznanej przyczynie) stwierdzanej w tradycyjnej ginekologii wynosi aż 17-20%  (wg danych Kliniki Endokrynologii Ginekologicznej AM w Poznaniu), gdy tymczasem przy zastosowaniu postępowania naprotechnologicznego - diagnozę niepłodności idiopatycznej otrzymuje już tylko około 5 % pacjentów. (dane Instytutu Pawła VI w Nebrasce).